Start arrow Moje Publikacje arrow Masło czy margaryna?
Masło czy margaryna? E-mail
 
Zastanawiam się, dlaczeo tak nagminnie potrafimy sie raczyć wszelkiego rodzaju namiastkami tego, co gatunkowe, pierwotne, autentyczne, rodzajowe. W tej naszej szerokości geograficzno - muzycznej jakoś zawsze grywano rzeczy takie trochę dalsze od bluesa, takie nie stricte bluesowe, jakby stale obawiano się autentycznie głębokiego repertuaru i  korzennie bluesowego dziedzictwa.. To jakby bojaźń, że taki stricte blues może być po prostu wogóle nieodebrany, niedoceniony. Nawet czarni wykonawcy, którzy jako pierwsi odwiedzali Europę, przyjeżdzali na swoje występy z repertuarem zdecydowanie „wydelikaconym” – wyekstrahowanym, mniej „rdzennym”, jakby o „słabszych korzeniach”. No i tak to trwa do dzisiaj, właściwie pokutuje. Kilka ogranych standardów, takich podstawczaków jak hoochie coochie man, sweet home chicago, caldonia itp. stanowi jakiś minimalny i smutny rys tego, co nazywa się bluesem w Polsce. Przykro to mówić, ale dość powszechny jest lęk przed stricte bluesem w tym Kraju. Pochodne bluesopodobne, jako coś odległego od tego, co pierwotnie prawdziwe to zawsze jakiś taki twór „wypchany”, mam wrażenie nieżywy. To tak jakby całe życie nosić buty ze skaju a nie ze skóry, a jest przecież wyraźna różnica. Sztuczność niby przypomina pierwowzór w jakiejś części, ale to nie to. To tylko mizerne wspomnienie jakiejś wartości.

W Polsce „blues” to, Jimie Hendrix, The Rolling Stones, Dżem, Tadeusz Nalepa, SBB, Breakout itp. Skoro jest tak, to jest bardzo niedobrze, nie w porzadku w stosunku do  bluesowych prekursorów, którzy bluesa sensu stricte wykreowali, nakreślili. Nie bawię się tutaj w to, czym jest blues stricte, bo chyba wiadomo, co go wyróżnia (może o tym przy innej okazji). Nie zamierzam też prowadzić polemiki na ten temat, z prostej przyczyny – relatywizm, który dzisiaj jest powszechnie uprawiany sprawia, że każdy ma swojego bluesa, dlatego trudno się dogadać. Dla mnie blues jest ciągle jeden i ten sam od środka i to wymaga dialogu, a nie zwykłego gadania.Tutaj dyskurs analityczno – syntetyczno - krytykancki na nic się zda. Muzyczny dialog trzeba nam prowadzić, a nie tylko rozmawiać o muzyce w sposób zewnętrzno - opisowy. Jestem gotowy do dialogu o muzyce, którą gram – o bluesie, ale jak do tej pory nikt go nie podjął ze mną, cały czas mam doczynienia z intelektualizowaniem bluesa.  Formalno - analityczne opisy muzyczne, recenzje płytowe bez wgłębiania się to forma bez treści. Czas najwyższy rozpocząc ćwiczenia w głębokim odbiorze muzyki. To, co zewnętrzne wyłącznie jest łatwe, nie można na tym poprzestawać. Czasami czytając rózne recenzje płytowe, mam wrażenie, że jedna recenzja wchodzi w drugą. To takie babuszki pisałkowe. Zbyt dużo sztampy. To jest nudne.

Dzisiaj każdy „relatywista – egoista” (muzyk) ma swojego bluesa (to, co gra „dogina” do siebie, cokolwiek gra może nazwać bluesem), co zatem idzie ma tylko złudzenie tego, czym właściwie jest blues. Ma wrażenie, że go „dosiadł”, ale tak właściwie już mu się ów wymknął, wyśliznął. W ten sposób współcześnie burzona jest tradycja  bluesa. Ci tak zwani przeze mnie „relatywni” walą cały czas w tradycję, w korzenie, separując się od nich. To nic innego jak negowanie muzyki. W muzyce nie ma ewolucji, bo to smierć dla niej, zatem odcinanie się od tradycji nie ma kompletnie sensu. Zawsze dla relatywisty moralnego blues będzie pustym hasłem, takim pustym sentymentem, bo zabrakło prawdy, jaką niesie zdrowa tradycja – efektem jest odcięcie się od tradycji, a to prowadzi do negacji. W związku z tym mamy negatywny chaos, który zawsze wprowadza brak wglądu  w muzykę.
Mam wrażenie, że płaskie granie bluesa bez półtonów, z jakim mamy coraz częściej do czynienia jest efektem potwornego upraszczania, spłycania i ogołocenia. To jest niedobre, bo blues bez półtonów opada na wymiar nazwijmy to „niebluesa” i przestaje być po prostu bluesem. Staje się przeemocjonowanym schematem, bez feelingu bluesowego – bez bluesowo pulsujących uczuć. Półtony w bluesie to duchowy wymiar - głębia, o której możemy się dowiedzieć słuchajac pierwszych zawodzących i lamentujacych z serca bluesmanów. Półtonowe ślizganie to feeling wprost z serca bluesmana, dlatego płaski blues bez blue note nie jest już bluesem. Nie można drzewu wyrwać korzeni i powiedzieć, że jest dalej drzewem. Nie mam nic przeciwko muzykom grającym rock – bluesa, jazz - rocka czy innne „ muzyczne mieszanki gatunkowe”, ale nie nazywajmy bezrefleksyjnie wszystkiego bluesem. Chcę wyraźnie wyartykułować, czym jest blues. Chcę powiedzieć, że blues jest tylko bluesem i niczym innym i charakteryzuje go inność, odróżnia go jego autentyczna oryginalność póltonowo – synkopowana – polirytmiczna itp. Autentytczna oryginalność bluesa wypływa z głębokiego przetrawienia go – duchowo w sercu bluesmana. Tutaj nie ma miejsca na udawanie, pozory, sztuczność, naśladownictwo, bierność, odtwórczość itp.

Dlaczego konia nie nazywamy kozą? Dlaczego gitary nie nazywamy bębnem, chociaz można na niej bębnić? itp. Dlatego jeszcze raz nie zgadzam się jak ktoś „niebluesa” nazywa bluesem. Zdrowe jest podejści, kiedy rodzaje muzyczne, gatunki, style są wyraźnie wyeksponowane i respektowane. Mieszanie stylów jest zawsze spotykane i tak będzie, ale niech nikt nie mówi, że gra bluesa grając piosenki na schemacie bluesa, tłumacząc tym, że tak czuje bluesa. To jest absurd.

Poza tym jeszcze nawiązują do poprzednich moich myśli wyraźnie z dużym naciskiem podkreślam, że nie ma czegoś takiego jak polski blues, tak samo jak nie ma niemieckiego flamenco, jak nie ma japońskiego rocka itp. Jest blues, jest, jest flamenco, jest jazz, jest, rock itp. i na tym „koniec”. No i na ten koniec puenta spożywcza, w której wybieram akceptację oryginalnej tradycji bluesa. Blues to masło, pochodne bluesa to margaryna. Jak smakuje masło? Po prostu dobrze. Chociaż są tacy, co margarynę jedzą.
                                                                                                     
Marek Wojtowicz w obronie smacznej tradycji bluesa.
 
 
wstecz
Copyright © Marek Wojtowicz