|
Polski muzyk bluesowy nie mylić z bluesmenem koniecznie musi mieć kapelusz na głowie, przydługą marynarkę, najlepiej jakby siedział trochę w „pudle”, no chociażby kilka miesięcy. Oprócz tego dobrze jest jeszcze jak taki ma przynajmniej ze trzy „sznyty” na rękach, koniecznie musi palić cygarety i najlepiej jak ma za żonę whiskey i jest rozgrzany jak cegła. Czasami jak sobie „strzeli” tatuaż to też mu się nastrój poprawia, bo musi być zauważony itp.
Jednym słowem taka persona musi mieć jakiś „zgrzyt życiowy” no chociażby jakiś jeden rozwód z żoną, na koncie ileś romansów z kobietami, jakieś bójki itp. No i co wtedy mówi - „mam bluesa” skoro mi się tak chrzani. Tylko nie widzi nieszczęsnik, że to on sam wszystko nawarzył, bardzo często na własne życzenie. Normalnie w życiu nie można, bo wtedy blues jest taki refleksyjiny, a „nibybluesman polski” musi być bez refleksji - odmużdzony, taki total dekadent, nihilista. Bo jak normalnie śpiewa o życiu i ma ciekawe przemyślenia i nie jest abnegatem to od razu pada zarzut, że jest „intelektualistą”. Warto w celach edukacyjnych prześledzić niektóre zdrowe teksty bluesowe, żeby zobaczyć, o czym śpiewali czarni muzycy, jaki refleksyjny wgląd w życie posiadali. Byli to prości ludzie, ale głęboko patrzący na życie, potrafili dostrzec to, co w życiu ważne, a co robi „polski bluesman” a no daje na rockowo w struny, no i w szyję żeby dorobić własną polską ideologię bluesopodobną – musi być chory albo skazany na „bluesa”. Chory i na dodatek skazaniec – uf!!!!!!!!!!!!! Oprócz choroby i skazania strasznym utrapieniem jest często nałóg pijaństwa, do którego mu ciężko się przyznać, bo to wstyd. Ilu to nie potrafi wyjść an scenę o własnych siłach, tylko na „dopalaczu w płynie”?. Zatem stale ten „biedak” na własne życzenie musi znajdować się w szponach własnego destruktywnego myślenia. Tak jest rozwalony emocjonalnie, że musi to zalać i tak rozsiewa destrukcję, bo wtedy ma wrażenie, że się coś dzieje, no i wtedy jest „ 100%bluesmanem”. Czarni muzycy, bluesa wyganiali, przeganiali ze swojego życia jako coś niechcianego, polski bluesman stworzył natomaiast kult utytłania nibybluesowego, nibybluesowego, dlatego bo to nie ma nic wspólnego z poetyką bluesa. Jak Buddy Guy śpiewa o złej Whiskey, która rozbija i niszczy jego szczęście i dom to nibybluesman polski śpiewa, że whiskey jest jego żoną itp. Co za absurdu made in poland. Myślę sobie, że z tych powodów, które wymieniłem wcześniej jest dobry czas teraz na nową jakość. Czas w końcu na bluesa, ciagle mam wrażenie, że blues w Polsce dopiero się pojawia. Tak jak różne dziedziny życia ulegają przemianom, tak samo to, co do tej pory nazywano bluesem trzeba „przedefiniować”. Koniecznie trzeba pójść w dobrą stronę, nie destrukcji, emocji, seksualizmu, chamstwa, pijaństwa, ćpunostwa itp. To, co złe jest zawsze łatwe. Bluesman to człowiek, który potrafi się zastanowić jest refleksyjny, o tym świadczy wiele tekstów bluesowych o głębokich treściach, to nie są piosenki z banalnym tekstem. Bluesman to człowiek widzący wiele ułomności, słabości swojego życia, który chce się od nich uwolnić, a nie w nie wpakować na własne żądanie. Rozwiązaniem nie jest złudzenie w głowie i trochę zewnętrznych, powieszonych na sobie gadżetów, łamana angielszczyzna, bierne kopiowanie – naśladownictwo - rzemieślnictwo, wulgaryzm na ustach itp.
Marek Wojtowicz
|